środa, 17 lutego 2016

Dwie odsłony moich walentynek

Pora na kolejną seria wpisów na blogu, całkowicie lifestyle'ową. Mój dzień zwykły jak i niezwykły, przygody, wycieczki i codzienność.  W końcu, każdy dzień jest inny i wyjątkowy oraz w każdym dniu jest coś co można mile wspominać i za co dziękować :)

Mój  (nie)zwykły dzień
14 i 16.02.2016r.
Dwie odsłony moich walentynek:)



Walentynki, w tym roku obchodziliśmy 12 lutego, w piątek, ze względu na to, że narzeczony szedł w niedziele do pracy. W tym roku z okazji święta zakochanych wybraliśmy się na wycieczkę do Krakowa. Był to całkowicie nie dietetyczny, a ni nie fit wypad. Mieliśmy w planie dobrze się bawić, napełnić brzuchy (i to bardzooo :) ) dobrym jedzeniem i wypić kilka drinków.  Tak więc w piątek punkt 14 siedzieliśmy w busie do Krakowa, gotowi na miłość i zabawę!

Pierwszym punktem postojowym w Krakowie musiała być "Pijalnia Wódki i Piwa". Wprost kocham tamtejszą domową cytrynówkę. Jest pyszna, kwaśna i orzeźwiająca. 


Niestety pogoda Nam nie dopisała. Było bardzo zimno i deszcz dość ostro zacinał, więc tylko krótko pospacerowaliśmy po rynku i musieliśmy schronić się w restauracji. Marzył  Nam się wieczorny spacer nad Wisłą przy blasku księżyca, ale woleliśmy nie ryzykować przeziębienia i ten punkt zaliczymy przy następnej wizycie w Krakowie. Wybraliśmy więc na romantyczną kolację "Sfinxa" Żeby jednak nie tracić klimatu Krakowa,  postanowiliśmy więc siąść na zewnątrz. Na szczęście stoliki na rynku są pod parasolami, otoczone wiatroszczelną wiatą, a przy każdym stoliku dodatkowo są grzejniki i koce. W takiej scenerii można siedzieć nawet na mrozie, wygrzewać się i cieszyć się urokiem Krakowskiego rynku.


 Skusiliśmy się na Shoarme z ziemniaczkami i surówkami oraz piwko. Ja pierwszy raz w życiu spróbowałam grzańca z cytryną, sokiem malinowym i imbirem. Był przepyszny! Zawsze bałam się zamówić, w obawie że nie będzie mi smakować i zostawię całe. Jednak tym razem było mi tak zimno, że zdecydowałam zamówić coś co mnie rozgrzeje i był to bardzo trafny wybór. Jedzenie również było strzałem w dziesiątkę. Porcję duże, jednak nie na tyle by się przejeść, mięso soczyste, ziemniaczki chrupiące, surówki świeże, a sosy aromatyczne. Zdecydowanie to była jedna z lepszy kolacji na mieście.


Po kolacji deser: Tiramisu, kawa i lody, ale tak jak pisałam, planowałam bardzo niedietetyczny dzień:) Następnie krótki spacer, parę drinków i niestety trzeba było wracać do domu. Ostatni autobus nie zrozumie, że dobrze się bawimy. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Kocham Kraków, jego klimat, urok i atmosferę, a Kraków z ukochaną osobą smakuje jeszcze lepiej. To były zdecydowanie najlepsze Walentynki w moim życiu! A po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka. Piękne kwiaty i walentynkowa kartka. Tulipany i róże to jedne z moich ulubionych kwiatów. Mam najlepszego przyszłego męża. Takim miłym akcentem skończyliśmy Walentynkowy dzień. Można iść spać z uśmiechem na ustach, bo jest co wspominać.


W niedziele 14 lutego, w dniu właściwych walentynek, postanowiłam zrobić sobie dzień dla siebie. W końcu miłość do samego siebie, jest równie ważna, a relaks i odpoczynek były wręcz wskazane. 


Całodzienne lenistwo w łóżku przy serialach i miłosnych filmach, bez żadnych obowiązków i zmartwień to było to o czym marzyłam. Zaczęłam więc od najlepszego filmu na tą okazję "Nie cierpię walentynek" , następnie "Bridget Jones" i oczywiście "50 twarzy Greya". Tak wiem, przewidywalne, mdłe i aż nadto wydumane i nierealistyczne. Jednak jestem niepoprawną romantyczką i uwielbiam takie filmy, obietnicę idealnej miłości i całą tą słodką otoczkę. Może żyje w krainie marzeń, ale to dobrze. W końcu swojego księcia z bajki znalazłam.


Późnej postawiłam na coś bardziej klasycznego: "Gotowe na wszystko". Oglądałam milion razy, ale lubię do tego wracać. Zawsze, gdy mam dużo powracam właśnie do "Gotowych na wszystko", "Sexu w wielkim mieście" oraz "Plotkary". Zawsze trafią w mój nastrój, bo są odpowiednie na chwile romantyczne, radosne, nostalgiczne oraz smutne i "depresyjne" :) Do serialu pyszne dietetyczne truskawki w "czekoladzie" (przepis TUTAJ).  Dzisiaj już musiało być dietetycznie, po piątkowym szaleństwie trzeba było wrócić do normalności. :) Poza tym dietetycznie nie znaczy niesmacznie, wręcz przeciwnie. To było coś pysznego. Truskawki w czekoladzie to idealna walentynkowa przekąska.


Po całym dniu lenistwa, postanowiłam wziąć odprężającą kąpiel z płatkami róż.  Takie piękne pudełeczko dostałam na prezent Walentynkowy od mojej kochanej babci. Różyczki rozpuszczają się w wodzie, barwiąc ją na różowo, a przy tym pięknie pachną. Kąpiel prawie jak w spa :)

Na koniec dnia byłam zrelaksowana, wypoczęta i gotowa na wyzwania kolejnego tygodnia. Razem z moimi dwoma dzisiejszymi walentynkami, mogłam iść spokojnie spać.


Moje walentynki trwały 2 dni. To były 2 cudowne dni. Może się wydawać, że nie było w nich nic niezwykłego, jednak dla mnie były one idealne. Takie dni w których można zwyczajnie pobyć z ukochanym, czy odprężyć się i poleniuchować w samotności, trzeba celebrować i mieć w pamięci. Są one tak samo ważne, jak szalone imprezy czy wyjazdy. Ba, nawet ważniejsze, bo uczą doceniania i cieszenia się prostymi rzeczami i zamieniania zwykłych chwil w niezwykłe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz