Pora na kolejną seria wpisów na blogu, całkowicie lifestyle'ową. Mój dzień zwykły jak i niezwykły, przygody, wycieczki i codzienność. W końcu, każdy dzień jest inny i wyjątkowy oraz w każdym dniu jest coś co można mile wspominać i za co dziękować :)
Mój (nie)zwykły dzień
30.01.2016r.
Dzień w trasie, jedzenie i zaproszenia :)
Sobota to zdecydowanie najbardziej wyczekiwany dzień. Można się wyspać, zjeść późne, wspólne śniadanie w piżamach i po prostu poleniuchować. W tą sobotę dzień rozpoczął się dokładnie tak samo. Rano, w łóżku, kocie przytulanki, następnie wspólna jajecznica o 10:00 , jedzona z jednej patelni. To zdecydowanie najlepsze rozpoczęcie dnia.


W południe przestało być już zwyczajnie i leniwie. Mieliśmy w planach cały dzień rozdawania zaproszeń ślubnych. W jeden dzień musieliśmy odwiedzić 4 miejsca (całe szczęście wszystko blisko). Ufff... Poddenerwowana, ale gotowa do drogi :)


Oboje z Wojtkiem uwielbiamy jazdę samochodem, głośne słuchanie muzyki i śpiewanie, więc cały dzień w podróży nie był nam straszny. Śmiechu było co nie miara, do tego wspólnie spędzony czas i długie rozmowy dodatkowo umiliły nam czas.



W przerwie między jednym a drugiem zaproszeniem postanowiliśmy zatrzymać się, by coś zjeść. Wybraliśmy zaciszną "karczmę" w pobliżu, gdzie można zjeść niedrogo a przy tym najeść się do syta. Dieta dietą, ale cały dzień w podróży, choćby nie wiem jak przyjemny, bardzo męczy i powoduje burczenie w brzuchu.


Zanim złożyliśmy właściwe zamówienie, poprosiliśmy o wielki dzbanek wody z cytryną oraz jak to w "góralskiej karczmie" chleb ze smalcem. Woda była idealna dla mnie, w końcu rozpoczęłam redukcję, a na smalec skusił się Wojtek (oraz na wielką michę rosołu) ;)


Na obiad zamówiłam mięso drobiowe faszerowane porem i pieczarkami zapieczone z serem wraz z surówkami. Wojtek natomiast skusił się na devolaja z serem, ziemniaki i buraczki. Byłam przekonana, że zamówiłam chude mięsko jedynie z serem, jednak pomyliłam się i dostałam kurczaka w panierce. Było to jednak tak pyszne, a ja byłam głodna i zmęczona, że mimo redukcji zjadłam odrobinę, oczywiście wliczając w całodzienny bilans (o dziwo pod koniec dnia wyszłam bardzo dobrze:) ). Porcje jednak przerosły nasze możliwości i zjedliśmy tylko po połowie (chyba nawet nie) porcji, a resztę poprosiliśmy na wynos.

Odpoczynek dobrze Nam zrobił. Naładowaliśmy akumulatory przed dalszą podróżą i wizytami u rodzin. Szczerze, bardzo się obawiałam tych wizyt, gdyż odwiedzaliśmy rodzinę Wojtka, jednak okazało się to przyjemne i miłe doświadczenie. Rozdawanie zaproszeń, mimo że męczące i czasochłonne, nie jest takie straszne jak opowiadają :) Może to być prawdziwa frajda.



Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, jednak to nie był koniec atrakcji. Szybkie odświeżenie się i kolejne wyjście, tym razem na urodziny do znajomych. Cały dzień na pełnych obrotach, nie ma chwili wytchnienia. Powrót oczywiście po północy. Oczy same się zamykają. :)

To był bardzo intensywny i męczący dzień, jednak pełen pozytywności, śmiechu i radości oraz co najważniejsze spędzony wspólnie, w gronie rodziny i przyjaciół. W dodatku udało mi się utrzymać jako tako dietę, co było dla mnie dużym plusem. Może nie było w 100% idealnie: ta panierka na obiad i 3 drinki (całe szczęście z Colą Zero więc mniej kalorii), jednak było całkiem dobrze, ogólny bilans dietetyczny wyszedł taki jak powinien, bo pozostałe posiłki były zdrowe zbilansowane, poza tym wszystko zostało spalone. . Takie dni lubię najbardziej. Wymęczeni, razem z naszymi "dzieciakami', zasnęliśmy w sekundę :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz